Z moją nadopiekuńczością spotkałam się w pracy z dziećmi. Czyż to nie jest wręcz idealna sytuacja do odkrycia swojego wewnętrznego dziecka, które ma głębokie braki, prosi o troskę i opiekę. Prosi o nią krzykliwie, że pomaga światu tak, jak nigdy sam nie mógł doświadczyć?

Moja nadopiekuńczość rodziła się we mnie od pierwszych dni życia, już w łonie matki. Nigdy nie dowiedziałam się jak przechodziła ciążę moja mama, za każdym razem jak proszę o jakieś informację słyszę:
"A daj mi spokój, siódemkę Was rodziłam, nie pamiętam, jak się czułam będąc z Tobą w ciąży, ciężko mi było, po urodzeniu Ciebie, miałam silne krwotoki, nie byłam w stanie się Tobą zajmować".
Mama szybko przestała mnie karmić piersią, często zostawałam pod opieką starszego rodzeństwa, które zamiast się mną opiekować- eksperymentowało. Cóż, nie mieli złej intencji. Po prostu, nie ich rolą była opieka nade mną.

Jako dziecko, w trudnych chwilach uciekałam od problemów przytulając się do Luki, czarnej suki. Potrafiłam się schować i zasnąć w dziwnych miejscach. Nikt nie mógł mnie znaleźć, nikt też mnie wtedy nie szukał. Bardzo chciałam być widziana przez matkę, do tego stopnia, że zaczęłam czuć to co ona i patrzeć jej oczami. Jako 9 latka nauczyłam się lepić pierogi i kąpać noworodka. Ja pomagałam mamie po to, by zamiast patrzeć w podłogę, patrzyła na mnie. Z tą też nieświadomością jako 25 latka biegałam maratony, za każdym razem dzwoniłam do niej z informacją, że jestem już na mecie, że było tak trudno i że zrobiłam to dla niej... Chciałam być zauważona. Ważna w jej oczach.

Może to los a może wszechświat zawołał mnie do pracy w szkole demokratycznej w charakterze cienia dla dziecka wymagającego, agresywnego i silnego jak na pięciolatka. Za każdym razem, jeśli była trudność z Kojotem, to ja wychodziłam z nim na zewnątrz, to ja przyjmowałam ciosy w plecy z zaskoczenia, to ja byłam z nim, kiedy on przeżywał swoje wewnętrzne rozterki i leczył się z emocji, które przynosił do przedszkola, to ja nosiłam go w chuście i masowałam, kiedy o to prosił. Podczas tej wędrówki akceptacji i próby zrozumienia dotknęłam głębokiej złości. Kiedy tak oboje ze łzami w oczach krzyczeliśmy na siebie, zobaczyłam w nim siebie, małe dziecko, które przeżywało równie mocno wszystkie te emocje co Kojot, tylko nikogo wtedy przy mnie nie było.

I od tego czasu zrozumiałam, że moja nadopiekuńczość jest owocem tęsknoty za ciepłem, zrozumieniem i bezwarunkową miłością.

Bądźcie szczęśliwi! Przytulam!