Niedziela. Godzina 20:00. Kiermasz Bożonarodzeniowy z koncertem w tle. W atmosferze unosił się zapach wina grzanego. Koleś ze sceny ospale pierdoli coś o wizycie duszpasterskiej księdza a wśród ludzi wije się z płaczu, dziecko w wózku.

10 minut zajęło mi podjęcie pierwszej próby podejścia do dziecka. Obserwowałam z nadzieją, że któryś z rodziców weźmie kojota na ręce, choćby podejdzie do dziecka, uklęknie i popatrzy na nie. Cokolwiek. 
Wokół ludzie oglądali się i patrzyli na dziecko, teoretycznie nic mu się nie działo. Nikt je nie bił. Dziecko płakało z zasłoniętą czapką na oczach, raz po raz odkaszlując. 
Stałam i nerwowo przebierałam nogami, czułam jak każdy krzyk dziecka przedziera się do mojego serca i okrasza je słoną łzą. Drżałam. Toczyłam ze sobą walkę...
"W jaki sposób mam zareagować?" 
"Dlaczego ja mam reagować, skoro nikt wokół jeszcze tego nie zrobił?" 
"Na jakiej podstawie mogę zwrócić uwagę rodzicom na nieswoje dziecko?"

Z każdym zadanym sobie pytaniem nabierałam coraz większych wątpliwości. 
"Boże... muszę podejść bo mnie rozsadzi!"

Podjęłam ruch w stronę kojota. Kamil mnie zatrzymał.
"Co robisz, nie znasz kontekstu" powiedział z troską.
Odszedł ze mną na bok, a ja czułam jak mi napływają łzy do oczu.
"Kamil, chciałam podejść do tego dziecka" wykrztusiłam i tupałam w miejscu z niezadowolenia po nieudanej akcji ratowniczej. 
"Przepraszam, popełniłem błąd, nie wiem dlaczego to zrobiłem" przyznał...
... a ja połykałam łzy....

Mój impuls do zadziałania eksplodował we mnie. Czułam teraz jak i mnie zalewa znieczulica. Z pogardą patrzyłam na kiermasz świąteczny i uśmiechy ludzi po wychyleniu kubka z winem. Chciałam krzyknąć KURWA MAĆ ale tym razem sama się powstrzymałam. 
Ochłonęłam. Ufam sobie. Zrobię to. 

"Kamil, proszę podejdźmy tam jeszcze raz". 
Podeszliśmy, Kojot był wytrwały, nadal wołał o uwagę swoich rodziców. Tym razem nie rozgrywałam w głowie pytań. Byłam pewna. Drżałam.

"Cześć słoneczko, dlaczego płaczesz" kucnęłam do kojota, który nie słyszał mnie tak jak nie słyszeli go jego rodzice. Widząc mnie matka dziecka, przyłączyła się do mnie.
"Wie Pani, on chce wyjść, a ja nie puszczę go samego tutaj, nie będę dziecka szukać" zaczęła się tłumaczyć z uśmiechem na twarzy, odwzajemniając mój uśmiech. 
"Rozumiem, boi się Pani o dziecko" odpowiedziałam a ona przytaknęła, znowu z uśmiechem.
"Czy mogę wziąć Pani syna na ręce, może uspokoi się jak zobaczy scenę i światełka" Mały kojot widząc moje rozpostarte dłonie wskoczył mi na ręce z uśmiechem. Dzizas, nadal widzę przed swoimi oczami posmarkaną z płaczu twarz dziecka, która rozpromienia.
Moja obecność wywołała delikatne poruszenie. Podszedł do mnie mężczyzna z papierosem w gębie. 
"Kim Pani jest? Czy Pani wie, że trzyma Pani mojego syna? Może mieć Pani z tego tytułu problemy!" Wyrecytował mi w dość kulturalny sposób. A ja z uśmiechem odpowiedziałam mu na wszystkie zadane pytania, a dupa drżała mi ze strachu.
"A ile lat ma Pana syn?" 
"yyyy... trzy, cztery" wymamrotał pijacko.
Do ojca podchodzi mężczyzna patrzy na mnie podejrzliwie. Szepcą do siebie "Kto to jest, co się dzieje?" 

Patrzyłam na dziecko, tuliłam je do siebie dość radośnie, potrząsałam moją rozdygotaną dupą i poruszałam kojotem niby to w takt muzyki. Uśmiechał się. Wyglądał na oszołomionego.
Mama uśmiechała się do swojego syna a my w tym czasie pogodnie rozmawiałyśmy. Ponownie zapytałam o wiek dziecka.
"Kilka dni temu skończył 2 latka" odpowiedziała bez zawahania kobieta. 
Kojot, odtajał. Otrząsnął się. I z uśmiechem na twarzy wyciągnął ręce w stronę mamy. Chłopiec wrócił do swojej rodziny a ja do swojej. 

Kamil chwycił mnie za rękę i odeszliśmy. Widział jak dziecko z powrotem ląduje w wózku a ja znowu słyszałam płacz. Już trochę inny. Mniej rozpaczliwy. Czy zbawiłam świat? Czy moja postawa była bezsensowna, w końcu dziecko wróciło do wózka? 

Trzymałam na rękach istotę niesamowicie mi bliską. Opuszczoną. Walczącą o uwagę i miłość.