Ka ćwiczy, robi to tylko i wyłącznie dla siebie i dla swojego samopoczucia. Nie ukrywam, niezmiernie się z tego cieszę, uśmiecham się, patrzę na niego i w głowie pojawia się:
" powiedz mu, że się cieszysz, widząc, kiedy on ćwiczy... "
Kiedy siebie usłyszałam, zaśmiałam się. Przecież to głupie, nic nie wnosi. Po co mam mówić, że ja się cieszę? Jego ćwiczenie i dbanie o siebie w żaden sposób nie powinno mnie uszczęśliwiać ani uzależniać mojego szczęścia.



Zastanawiam się, co daje, kiedy mówimy dzieciom:

"Jestem z Ciebie dumny! Cieszę się kiedy ćwiczysz!"

Czyli co? Jeśli nie będziesz tego robić, przestanę być dumna i przestaniesz się cieszyć? Gdybym tego nie robiła będziesz nieszczęśliwy? Miłość rodziców do dziecka jest bezwarunkowa, jest po prostu. Czymś tak naturalnym jak jedzenie i wydalanie.

Dzieci doświadczają, to naturalny proces rozwoju. Jednego dnia budują z klocków lego, za chwilę gotują, śpiewają, malują, a czasami po prostu nic nie robią. One robią to dla siebie, nie po to, by zaspokoić czyjąś dumę lub kogoś uszczęśliwić. Robią to dla siebie, rozwijając swoją motywację wewnętrzną, poszukują, i karmią się każdym nowym osiągnięciem. Nie uzależniajmy miłości i uwagi  od tego czy nasze dziecko spełnia nasze aspiracje, czy idzie swoją drogą, być może błądząc... Uczy masze dzieci błądzić i bądźmy przy nich blisko, by mogły się do nas zwrócić. Błądzić ludzka sprawa.

Chcemy wspierać dzieci, by znalazły swoją drogę w życiu, robiły to, co kochają! Jest to dla mnie całkowicie zrozumiałe. Też tego chcę dla swoich dzieci. Jak więc to robić? Czy jest na to przepis?

Jako dziecko jedno z siedmiorga w domu, imałam się wszystkiego. Kiedy mama siała ogród, poprosiłam ją o kilka ziarenek, bym mogła zasiać i dbać o swoje rośliny. Dostałam ziarna, sama wybrałam miejsce do uprawy, pytałam mamy jak odróżnić chwast od roślinki. Była ze mną, wspierała w uprawie ogrodu, po prostu była, na tyle ile mogła! Posiałam ogród pod jabłonką, obok budy psa, pod kopcem żużlu. Z myślą o psie postawiłam płotek z patyków. Żużel zmiotłam miotełką.

"Mamo, pomóż mi, mam twardą ziemię" ciągnęłam jej fartuch i prowadziłam do mojego ogrodu.
Wtedy bez oceniania, pouczania nagród, kar czy bez zawstydzania pomogła mi przekopać i przebrać kamienistą ziemię. I cudem wyrosły w tym miejscu kwiaty! Jakże się cieszyłam. Kurdę! Cieszyłam się i tym bardziej miałam ochotę doświadczać.

W domu byłam traktowana jak pełnoprawny obywatel, który się uczy. Pomagałam i uczestniczyłam w życiu domowym, na tyle ile potrafiłam. Nawet jeśli byłam najmłodsza, nie zwalniało mnie to z obowiązków domowych. Nie dostawałam nagrody za ich wykonanie ani kary.

Starajmy się być spełnieni w sobie, kochający siebie, szanujący swoje pasje i zajęcia. To zdejmie z dziecka poczucie "bycia w centrum". Dzieci wcale nie chcą być w centrum, nie jest im to do niczego potrzebne, one po prostu są i potrzebują przytulania, opieki, bycia widzianym. Rozwój przychodzi wraz z naśladowaniem rodziców i odgrywaniem ról w swoim dziecięcym świecie.
Traktujmy dzieci jak ludzi. Bądźmy tak po prostu. Nie gadajmy tak dużo. Proszę.